Zalety kupowania na targu od rolników

O zaletach kupowania na lokalnym targowisku pisze Henryk minimalista, ceniący "proste życie i minimalizm, bo ułatwiają koncentrację na tym, co najważniejsze i przybliżają do pełni życia", autor bloga Droga Minimalisty:

Skąd brać zdrową i smaczną żywność? Najlepiej z własnej działki. Gdy nie mamy jednak takiej możliwości lub jedzenia stamtąd jest za mało, pozostają targi, sklepy z żywnością ekologiczną, warzywniaki  i markety. Z tych opcji dosyć atrakcyjne wydaje się kupowanie na targu.
 
Wspaniałe jedzenie
Z reguły na targowiskach można kupić żywność bezpośrednio od rolników. Jest tam tyle wspaniałych warzyw, owoców, ziaren, roślin strączkowych, grzybów, orzechów i innych towarów. W większości nieprzetworzonych, lokalnych i sezonowych, czyli świeżych i nie wymagających wielu środków konserwujących. Owszem, wielu rolników na pewno używa trochę pestycydów i sztucznych nawozów, ale mimo to ich produkty są często tanie, zdrowe i smaczne.
 
Na targach nie ma słodyczy, wyjałowionej, przemysłowo przetworzonej, zakonserwowanej żywności, ze sztucznymi barwnikami, szkodliwym cukrem i tłuszczami trans. Bez tych niezdrowych rzeczy, których pełno jest w większości sklepów i supermarketów. Dlatego uwielbiam targi, bo w moim odczuciu handluje się tam czymś normalnym. Wchodzę, a tu w większości zdrowe produkty, a nie składowisko trucizn.
 
Żywność na targach co prawda nie jest idealna, ale według mnie zawiera i tak mało chemii w porównaniu do wielu produktów. Co do pestycydów, to nieekologiczne mięso często zawiera ich więcej niż bazarowe warzywa, jeśli zwierzęta jedzą pryskaną paszę.
 
Na targach jest dużo sezonowej żywności. Któregoś razu jesienią kupiłem sobie włoskie orzechy. Sam je łuskałem i były bardzo smaczne. Łuskanie wcale nie jest dla mnie kłopotliwe. Wolne jedzenie jest zdrowe, więc w trakcie gdy jem jednego orzecha, mogę obierać następnego. Takie obrane ze sklepu poza sezonem z reguły są niesmaczne, a często i niezdrowe. Bowiem tłuszcz w nich szybko jełczeje. Poza tym dodaje się też do nich sztuczne konserwanty. No i im dłużej stoją, tym więcej mają toksyn.
 
Mniej śmieci i spalin
Produkty na targu są zwykle sprzedawane bez kolorowych, pełnych chemii opakowań. W sklepach zaś jest ich pełno. Zamieniają się one szybko w sterty śmieci, za których wywóz musimy płacić w czynszu i które zanieczyszczają glebę na przepełnionych wysypiskach.
 
Co prawda na bazarkach rozdają za dużo siatek z folii, ale ja noszę ze sobą swoje torebki i staram się nie brać ich od handlujących. Ech, gdzie te czasy, kiedy sprzedawca sypał towar na wagę i przesypywał do toreb, które nieśli ludzie?
 
Towary na bazarkach są często przewożone z pobliskich wsi, a nie z zagranicy. Mniej więc spala się benzyny przy transporcie. Wspierając taki rodzaj sprzedaży, dbamy o czystsze powietrze i zużywanie mniejszej ilości zasobów.
 
Na świeżym powietrzu jest milej
Targi są z reguły na świeżym powietrzu. Wolę to, niż duszne budynki, choćby to były „cud-galerie” zaprojektowane przez znanych architektów (choć niestety na targach są palacze, ale o wczesnych porach jest ich mniej). Podoba mi się też ta prostota wymiany na powietrzu. Przez to jest też taniej.
 
Wpływ kupowania na targu na całe społeczeństwo
Na bazarkach rolnicy sprzedają bezpośrednio do końcowych odbiorców. Bez całej gamy pośredników: hurtowni, dystrybutora, właściciela sklepu, sprzedawcy, z których każdy bierze dla siebie trochę pieniędzy. Bez korporacji, w których wyższa i średnia warstwa zarządzająca zgarnia większość zysków, a reszta pracowników dostaje marne pieniądze. Na targu rolnicy mają więc większą szansę na godziwy zarobek.
 
Polecam gorąco film „Nakarmimy świat” (w oryginale „We Feed The World”). Pokazuje jak wielkie farmy np. w Hiszpanii produkują tanie warzywa, często słabej jakości, wypierając z rynku rolników z biednych krajów. Najgorsze jest to, że ta żywność jest dotowana, a zatem zabiera się pieniądze podatnikom, by sztucznie obniżyć cenę końcową (1). A potem niszczy się lokalne społeczności rolników w innych krajach. Dodatkowo żywność jeździ tysiące kilometrów, przez co jest więcej hałasu i spalin. Ja tego nie chcę, więc kupuję żywność lokalną.
 
Wolę nie wspierać korporacyjnej żywności. Wyobraźmy sobie, że większość ziemi miałyby na własność korporacje. Mało kto byłby na swoim albo pracował na swojej ziemi. Byłoby to straszne! Dlatego wolę kupować od rolników, bo wtedy wspieram model społeczny, z którym się zgadzam.
 
W przeciwieństwie do wielu ekonomistów, uważam że w normalnym kraju jest co najmniej 10-20% rolników. Jestem przeciwnikiem  tzw. „postępu technologicznego” w żywności (który pod wieloma względami bardziej przypomina regres), gdzie rolnictwem zajmuje się około 1% populacji (tak jak to jest w USA). Dlaczego? Bo im mniej rolników, tym większe gospodarstwa i więcej pestycydów i sztucznych nawozów, czyli mniej smacznej i zdrowej żywności. A do tego większe skażenie wód i gleb od pestycydów i nawozów sztucznych. Jest tu też aspekt społeczny: gdy ludzie mają swoją ziemię, to posiadają środki produkcji żywności. W razie kryzysu ekonomicznego mogą wyżywić siebie i rodzinę ze swojej ziemi. Do tego więcej ludzi jest też bliżej natury.
 
Jak rozpoznać, które warzywa i owoce są dobrej jakości?
Oczywiście, na targu zdarzają się też gorsze towary: np. warzywa importowane z zagranicy, które wyglądają niby dobrze, ale mają słaby smak i mało wartości odżywczych. Podejrzane wydają się też zbyt okrągłe, duże i „idealne” warzywa i owoce. Wiele z nich było intensywnie pryskanych, dodawano też do nich sztuczne nawozy, a może i różne konserwanty. Najlepiej porównywać ich smak i wygląd z tym, co jemy z działki.
 
Na targu są oczywiście oszuści, co będą mówić niezgodnie z prawdą „mam ekologiczne, niepryskane, krajowe”. Z upływem czasu można jednak znaleźć swoich zaufanych sprzedawców.
 
Pomimo pryskania żywności, według mnie jej jakość jest z reguły lepsza na targach niż w wielu supermarketach albo nawet niektórych warzywniakach, choć to wszystko oczywiście zależy od konkretnych miejsc (bo czasem nawet supermarket może mieć dobrych lokalnych dostawców).
 
Częściej też trafiałem na gorsze towary przy pojedynczych stanowiskach z warzywami i owocami w ważnych punktach miasta.
 
Próby kompromitacji
Targi są raczej niewygodne dla supermarketów. Kto wie, może były próby przekupstwa urzędników, by zamknąć jakiś bazarek. Czasem pojawi się jakiś spreparowany artykuł w gazecie, że rzekomo targ „szpeci okolice”. Ja zaś i tak wolę targowiska na powietrzu, a nawet blaszaki, z dobrymi towarami od rolników, prostotą wymiany i sprzedażą bezpośrednią.
 
O wygodzie
Targ może być dalej od naszego domu niż warzywniak czy supermarket, ale ja traktuję pójście tam jako spacer, nawet jeśli muszę jeszcze podjechać komunikacją miejską. Gdy robię zakupy sam, to mogę podjechać wcześnie rano rowerem z koszyczkiem (bo później jest za tłoczno). Gdy idę z żoną, to możemy razem porozmawiać. Mogę też nieść ze sobą dziecko w chuście/nosidle ergonomicznym, wtedy też i maluszek skorzysta ze spaceru i świeżego powietrza.
 
Najlepiej iść tam jak najwcześniej rano, bo jest mniej ludzi. A i na ulicach spokojniej. Przydaje się tu wczesne wstawanie.
 
Ostatnie słowo
Opisałem tutaj moje doświadczenia z kilku miejsc – oczywiście nie zbadałem jak wygląda sytuacja w całej Polsce i nie gwarantuję, że gdzie indziej będzie tak samo.
 
 

Komentarze

Portret użytkownika alch

Targowiska są z pewnością sposobem na tanie zakupy i zakupy bez wątpienia zdrowsze, niż te w opakowaniach. Jednak zapewniam, że ogromna rzesza handlujących w Warszawie nie ma z rolnictwem nic wspólnego. Również lokalne jednodniowe targi na podwarszawskiej prowincji opanowane są przez pośredników, przywożących towar z giełdy Bronisze. To oczywiście obniża ceny i ułatwia utrzymanie, ale z lokalnością to nie ma nic wspólnego. Długa droga przed nami.
Trochę inaczej sprawa się ma na południu, np w Krakowie. Tam w centrum miasta, na Kleparzu (i starym i nowym) są targowiska z wydzielonymi stoiskami dla producentów. Tego typu miejsc handlowych jest zresztą w Krakowie więcej i większych. Natomiast o ile wiem np we Wrocławiu targowiska takie są zepchnięte na zupełny margines i mizernie zaopatrzone. Może to efekt innej struktury rolnictwa (post-PGR-owskie spółki hodują rzepak, kukurydzę itp na wielkich obszarach).